domingo, 6 de enero de 2013

El Pucará y otros cuentos


Cuando la ciudad amanecía, el ruido de las turbinas de un avión inglés se sintió sobre la costa Patagónica.
En ese momento, solamente habían dos viejos aviones a hélice para proteger la ciudad. 
Con todo en contra, las máquinas argentinas lucharon contra una tecnología muy superior. Las luces y sonidos de la batalla fueron oídos por toda la ciudad. 
Fueron unos pocos minutos, pero duró una eternidad para el joven piloto del Pucará.
En un momento, todo estaba dicho. El único combate en el continente había terminado.

*******

Publicación disponible en Argentina ACÁ

y España AQUÍ


miércoles, 4 de enero de 2012

Święty Mikołaj latarników


W latach dwudziestych, pilot William Wincapaw, był już weteranem lotnictwa. Latał wieloma klasami samolotów, włącznie z hydroplanami, w północnej części Stanów Zjednoczonych.
Wielokrotnie był zmuszony latać w najgorszych warunkach y nierzadko wracał do domu tylko dzięki bezcennemu przewodnictwu latarni i oczywiście, dzięki osobom, które się nimi zajmowały, dniem i nocą, o każdej porze roku.
Kapitan Wincapaw, wiele razy lądował, by poznać ich i porozmawiać z nimi. Czuł się ogromnie wdzięczny za pracę tych mężczyzn i kobiet, którzy pozostawali tak odseparowani od wszystkich, by stać na straży bezpieczeństwa pilotów z północy. Przez to, pewnego dnia, w grudniu 1929 roku, postanowił coś dla nich zrobić.

25 grudnia załadował swój samolot wieloma paczkami, które zawierały dzienniki, czasopisma, cukierki i czekolady. Przedmioty życia codziennego dla mieszkańców miasta, jednak bezcenny luksus dla mieszkańców latarni z początku dwudziestego wieku. Ruszył więc w ich stronę i rzucał prezenty w powietrze, jeden za drugim. Nocą wrócił do domu, nie wiedząc jak ten gest mógł zostać przyjęty.
Parę dni później dowiedział się, że rodziny latarników były bardzo szczęśliwe. Nie tyle przez prezenty same w sobie, ale przez to, że ktoś o nich pamiętał w tym wyjątkowym dniu. Kapitan Wincapaw obiecał sobie, że za rok zrobi to ponownie. Tak zaczął rozszerzać swoją działalność na inne stany i kilka lat później przyłączył się do niego jego syn Bill. W latach trzydziestych odwiedzali już wszystkie 91 latarni z całego wybrzeża.
W roku 1939, kapitan Wincapaw wyruszył do Boliwii i pracował tam przez cały rok. Z tego powodu, jego syn Bill w świąteczne loty zaangażował jednego ze swoich nauczycieli. W następnych latach młody Wincapaw pozyskał pomocników i większy samolot. Ponadto, dołączyła także żona nauczyciela, Anna-Myrle. Po przerwie związanej z Drugą Wojną Światową, kontynuowali swoją tradycję. Tym razem, poza samolotami, używali też helikopterów - urządzeń o wiele bardziej stosownych do takiego celu. W czerwcu 1947, kapitan Wincapaw, w wieku 62 lat, zginął w wypadku lotniczym. W jego pogrzebie uczestniczyli zarówno jego syn i żona, jak i latarnicy z rodzinami. Nauczyciel Billa, Edward Snow, zajął miejsce kapitana i kontynuował jego misje pod koniec każdego roku. Następne lata, on i jego żona objęli swoją działalnością aż 176 latarni, włączając, od 1953 roku, zachodnie wybrzeże. W roku 1981, Snow nie cieszył się dobrym zdrowiem, ale Muzeum Przyrządów Ratowniczych w Hull zaoferowało jemu i jego żonie pomoc. W roku 1982 Snow umarł, zostawiając więcej niż 90 napisanych przez siebie książek. Był także nauczycielem, historykiem, fotografem, łowcą nagród, weteranem wojennym i Świętym Mikołajem.

Od czasu, gdy zaangażowano do pomocy muzeum, nowy pilot, George Morgan, realizował tę działalność z pomocą córki Snow’a. Od połowy lat osiemdziesiątych, utworzono muzeum „Latającego Świętego Mikołaja”. Na początku lat dziewięćdziesiątych, automatyzacja ograniczyła ich aktywność, ponieważ nowe latarnie nie potrzebowały ludzi, by funkcjonować. W ostatnich latach nowi Mikołaje spotykali się z dziećmi latarników i ludźmi z okolicznych wiosek. W październiku 2006 roku, “Przyjaciele Latającego Świętego Mikołaja” umieścili tablicę upamiętniającą kapitana Wincapawa w Muzeum Latarni w Rockland. Był przy tym obecny jego wnuk, Wiliam Wincapaw Trzeci.
Jeszcze dziś, w roku 2011, helikoptery “Flying Santa” wciąż pomagają nielicznym latarniom, które pozostały rozproszone na północy Stanów Zjednoczonych. Dzieci z tych miejsc, wciąż czekają, każdej gwiazdki, na helikopter i prezenty.
Z pewnością kapitan Wincapaw jest czujny, w jakimś miejscu we wszechświecie i dba o swoich dzielnych pilotów.
tłum. K.Żymańczyk

jueves, 22 de diciembre de 2011

Grudzień


Słowo Diciembre (hiszp. Grudzień) pochodzi od łacińskiego „Decem” i oznacza „dziesięć”, ponieważ był kiedyś dziesiątym miesiącem roku. Polski „Grudzień” wywodzi się od słowa „gruda” i odnosi się do zamarzniętej ziemi.

Nazywany „Detsember” w języku estońskim, „decembro” w esperanto, „prosinec” po czesku lub „Tlamahtlācōnti” w języku nahuatl, jest miesiącem wyjątkowym w rozmaitych kulturach. Wiele niezwykłych zdarzeń miało miejsce w tym właśnie okresie. Koniec miesiąca zaznaczony jest silnym akcentem chrześcijańskim, podczas którego zwyczaje kultywowane przez tysiąclecia pozwalają wyłonić się tej części naszego życia, która zwykle pozostaje ukryta.



1-Świąteczni żołnierze

W grudniu 1914 roku, na froncie brytyjsko-niemieckim trwała rzeź. Była to wojna pozycyjna, ponieważ żołnierze poruszali się najpierw kilkaset metrów na wschód, a później na zachód. Odległość zależała jedynie od narastających wciąż gór ciał. Nocą 24 grudnia, w regionie Ypres, w aktualnej Belgii, Niemcy zaczęli dekorować swoje okopy ozdobami świątecznymi. Później śpiewali kolędy, których dźwięki docierały do wszystkich. Odpowiedział im chór kolędników po drugiej stronie drutu kolczastego. Brytyjczycy wykrzyczeli pozdrowienia Niemcom, a Niemcy Brytyjczykom. Tak spędzili tę noc, wypełnioną życzeniami świątecznymi i pieśniami o Dzieciątku Jezus.  Wtedy ktoś zaproponował spotkanie między rzędami rowów. Nastrój sprawił, że wyszli z okopów żeby razem świętować. Przynieśli wszystkie swoje drogocenne rzeczy – trochę likieru, czekolady, nawet wymieniali się adresami.

Ten rozejm rozprzestrzenił się na całym obszarze. Nie było słychać armat i wystrzałów. Obie strony zgodziły się, aby przekazać ciała poległych towarzyszy. Niektórzy zostali pochowani w tym samym miejscu między wykopami. Tak niemieccy, jak i brytyjscy żołnierze, zastygli pełni szacunku, podczas gdy odczytywano fragmenty Biblii.

Następnego dnia także nie było wystrzałów. Na wielu kilometrach okopów, żołnierze obu stron wciąż rozmawiali i jednoczyli się. Dowiedzieliśmy się z listów brytyjskich i germańskich, o co najmniej jednym meczu piłki nożnej. Listy te zgadzają się co do ostatecznego wyniku (jeśli kogoś on interesuje) było trzy do dwóch dla Niemców. Mimo, że oficjalnie temu zaprzeczono, wielu uzbrojonych żołnierzy, zgodziło się na wymianę współrzędnych, by można było strzelać bez szkody dla nikogo.
Tak więc Drugiego Dnia Świąt, znów słychać było wystrzały, ale nie czyniły nikomu krzywdy. Nie chciano, by wyżsi rangą dowiedzieli się o tym, że żołnierze już nie mieli ochoty walczyć. Że już nie potrafili walczyć. Trudno przerwać bitwę w środku wojny, ale jeszcze trudniej jest wrócić do niej po spotkaniu twarzą w twarz z wrogiem.

Ta sytuacja była tak skomplikowana, że po wielu tygodniach, a nawet miesiącach bez ofiar, generałowie brytyjscy i niemieccy zdecydowali się usunąć żołnierzy i w ich miejsce wysłać innych. Świąteczni żołnierze zostali skierowani na inne fronty, gdzie mogli prowadzić wojnę bez poczucia winy.
Tę historię opowiadano wielokrotnie, zrobił to na przykład Paula MacCartney’a w jego piosence i teledysku „Fajki pokoju”.




 W listopadzie 2008 roku spotkali się w tym samym miejscu żołnierze z tamtych bitew, którzy walczyli i przestali walczyć zimą czternastego roku. Z pomocą swoich synów i wnuków odegrali nowy mecz piłki nożnej. Należy powiedzieć, że znów wygrali Niemcy.
Żołnierze wymienili się prezentami, niektóre były związane z ich wojskową historią.
Piłka, której użyto tego dnia została podpisana przez graczy i znajduje się teraz w muzeum Militärhistorisches Museum der Bundeswehr de Dresden, w Niemczech.



omar miguel soto
tłum. K.Żymańczyk





martes, 20 de diciembre de 2011

Kaliningrado, la puerta a Rusia


Mientras viajaba por Europa, varias personas me hablaron de Rusia, y sobre todo de lo difícil que era conseguir una visa para poder entrar al territorio. Pero yo recordaba que hacía poco tiempo, la República Argentina y la Federación Rusa habían realizado un convenio sobre el tema. No perdí más tiempo y fui a la embajada rusa en Poznan. Al mostrar mi pasaporte me atendió un señor que me dijo en inglés, que al ser ciudadano argentino, solo debía mostrar mi pasaporte para entrar a su país. Fue una grata sorpresa, ciertamente.
**
Unos días después, me encontraba cruzando la frontera en el Oblast (provincia) de Kaliningrado. Es la zona más occidental de la Federación, y hasta 1945 se llamaba Köningsberg. Fue durante siglos, un territorio polaco, lituano-polaco, prusiano y alemán, de acuerdo a los tiempos que corriesen. Luego de que Alemania perdiera la guerra, pasó directamente a manos soviéticas. Entonces se transformó en la puerta blindada de los eslavos. Allí estuvo asentada la flota soviética del Báltico. La temida defensa marítima que con su sola presencia, impedía cualquier maniobra occidental en las inmediaciones.
**
Hoy, en 2011 (casi 2012) la ciudad es un centro cosmopolita conformado por personas de toda la ex Unión Soviética. Al finalizar la guerra, la ciudad estaba en ruinas y fue necesario repoblarla. Para ello, llamaron gente de todos los rincones de las Repúblicas. Es común ver en las calles, mujeres rubias de un metro noventa, como personas de cara mongol. En toda Europa, es el lugar con mayor riqueza étnica que he visto. Un argentino puede pasar por ruso tranquilamente en Kaliningrado.
**
Antes de viajar, me contacté con una persona de la ciudad: Liudmila. Ella es una estudiante de la lengua castellana y me llevó a recorrer la ciudad. Gracias a ella conocí una gran comunidad de rusos que aprenden nuestro idioma, por lo que mi estadía en el lugar, fue casi en su totalidad, hablada en castellano. También fui a un pub llamado “Reporter” que es propiedad de unos cubanos que viven en la ciudad desde hace unas décadas. El local tiene una gran vida cultural, cada noche hay distintos músicos que tocan para la variada concurrencia.
**
De la herencia alemana en la ciudad, solo recuerdo un sobreviviente: Immanuel Kant. Es famosa la anécdota que dice que la gente del lugar, para saber que hora era, esperaban a que pase Kant desde su casa. Siempre lo hacia a la misma hora, sin margen de error. En varios lugares vi su estatua, como también placas que recordaban algún hecho importante en su vida. Su tumba se encuentra en una isla (la Isla de Kant) en medio de la ciudad. Allí se encuentra una hermosa catedral, donde además de recibir a los fieles, también se puede presenciar conciertos de órgano o música clásica. Allí fuimos a un concierto de la filarmónica local, que interpretó una obra de Beethoven. Me acompañó Olga, una chica de Kazajistán, que entendía perfectamente el castellano, pero solo me hablaba en inglés. Creo que era muy tímida para hablar en nuestro idioma.
**
Cada noche salíamos a un lugar distinto, y conocí gente de distintos países del ex bloque soviético. Estuve con personas de Rusia, claro; y también de Lituania, Letonia, Kazajistán, Ucrania o Bielorrusia. Un asunto interesante fue que ellos no se consideran europeos, sino rusos. Me hizo acordar un poco a nosotros mismos. Que muchas veces no nos vemos como sudamericanos sino argentinos. Y en el sur, somos patagónicos primero, luego argentinos. Ese orgullo por la identidad nacional me resultó muy agradable. Algo que se ve más diluido en la Europa occidental, donde el pasado de nacionalismo brutal, ha dejado muy manchada la idea del amor a la patria.
**
Un día lo usamos únicamente para visitar dos lugares emblemáticos de la ciudad: el puerto y el Museo del Ámbar.
En el otrora secreto puerto de Kaliningrado, ahora se pueden ver expuestos varios navíos y submarinos soviéticos. En la entrada del puerto, es posible ver una estatua gigante depatrono de la ciudad con una iglesia en una mano y una espada en la otra.
Uno de los barcos fue usado en los mares del norte, para hacer investigaciones científicas. Ahora es un museo sobre la historia marina. Es una embarcación hermosa con un tema distinto en cada camarote.
El submarino que está a libre a las visitas, es uno con motor diesel y tamaño mediano. Fue usado hasta fin de los ochentas en las costas del Mar del Norte y en la zona de Vladivostok, casi en frente de Japón. El submarino parece congelado en el tiempo, cada pequeña habitación se ve como si sus ocupantes hubieran salido hace un minuto. En la entrada uno puede ver la maqueta del submarino, junto al resto de la flota soviética. En un lado están los lanzatorpedos, cada uno con la estrella comunista pintada. El pasillo principal pasa a través de las distintas cámaras; donde trabajaba el capitán, la zona de oficiales y los camarotes de los marineros. Al pie de uno de ellos, hay trajes de buzos para distintas profundidades y otros elementos de la vida submarina.
**
En la zona exterior de donde están ubicados el submarino y el barco, hay varios minisubmarinos que fueran utilizados para investigación. Se ven muy similares a los vistos en películas o programas de documentales. Poseen una espera frontal y varios brazos mecánicos para operar bajo el agua.
Luego, fuimos al Museo del Ámbar, uno de los pocos museos del mundo sobre este material y con un tamaño tan importante.
**
Entre los primeros registros de esta zona del mundo, que hay por parte de occidente, están los datos de los romanos sobre el ámbar. Esa fue la razón por la cual se abrieron los primeros caminos al mar Báltico. Con el tiempo, la industria del ámbar creció hasta dar forma a varias ciudades, como Kaliningrado, Liepaja en Letonia o Gdansk en Polonia. El edificio es parte de las fortificaciones que rodea la ciudad, y que en algunas partes se encuentran casi intactas. En el interior y en varias plantas, se pueden apreciar varios siglos del arte del ámbar. Algunas de estas joyas fueron usadas por la familia del Zar y por las señoras de los comerciantes más importantes. Es tal la cantidad de alhajas, colgantes, aros, etc. que no alcanza un solo día para admirar todo lo allí expuesto.
**
Durante todo el viaje por Kaliningrado, pude ver esa mezcla de lo nuevo y lo antiguo. Mi estancia la pasé en la calle Gagarin, zona estudiantil y cada día pasaba por el centro histórico, con la Plaza de la Victoria y la Iglesia ortodoxa. Luego de mis días en tierras rusas, solo pienso en volver pronto a visitar a los amigos que dejé allí. Todo aquel que quiera conocer como es la vieja y la nueva Rusia, le recomiendo esta bella ciudad. No saldrá decepcionado.
.omar miguel soto.

sábado, 17 de diciembre de 2011

Polski ksiądz i narodziny miasta





Powierzchnia Patagonii jest porównywalna z połową powierzchni Europy. Na jej środku, tuż przy Atlantyku, znajdujemy jej największe miasto: Comodoro Rivadavia. Zostało założone w 1901 roku, jako miasto portowe; jednak szybko zdano sobie sprawę, że nigdzie wokół nie było wody. Mieszkańcy znajdowali się na środku ogromnej pustyni.

W roku 1906, z Buenos Aires została wysłana maszyna wiertnicza, wraz z grupą inżynierów mających za zadanie odnalezienie wody. Początkowo podjęli prace w środku wioski (liczącej pięćdziesiąt osób), gdzie dotarli do granicy głębokości zaleconej przez producenta. Niestety zniszczyli część mechanizmu, która musiała zostać zastąpiona nową. Później, po wielu miesiącach pracy, stało się jasne, że trzeba szukać w innym miejscu. Rezultat był jednak ten sam: nic.

Gdy już stracili nadzieję, spotkali księdza, który przejeżdżał przez wieś. Był to ojciec Dąbrowski, duchowny salezjański, który głosił Słowo Boże w dzikiej Patagonii. Zaprosili go na wieczerzę i spędził u nich noc. Następnego ranka, po wysłuchaniu historii zrozpaczonych wiertników, wpadł na pewien pomysł. Chciał zostawić coś mieszkańcom: postanowił pobłogosławić maszyny. Pracownicy przyjęli pomysł z wielkim ożywieniem. Musimy zrozumieć, że znajdowali się  2000 kilometrów od stolicy, w niegościnnym miejscu, co oznaczało tygodnie jazdy konnej. Z tej przyczyny pomysł ten został zrozumiany jako znak.

Ojciec Dąbrowski kontynuował swoją wędrówkę ku północy (wróci tu lata później, gdy miejsce to będzie zupełnie odmienione), a mężczyźni nadal wykonywali swoją syzyfową pracę, by ożywić martwą ziemię.
W grudniu 1907 roku, gdy inżynierowie sprowadzili maszyny najgłębiej jak mogli, dalej na niż pozwalały im na to ich nadzieje, usłyszeli osobliwy dźwięk. Stalowe wiertło natrafiło na coś dziwnego. Pracujący od wielu miesięcy bezowocnie ludzie zobaczyli strumień czarnej cieczy wytryskujący z wielką siłą. Nie rozumieli co się działo. Ciecz, która wypłynęła z tego miejsca była czarna -  inna niż się spodziewali. Znaleźli ropę naftową.

Nagle wszystko w kraju się zmieniło. Zaczęto tworzyć nowe prawa by móc rozporządzać tą strategiczną cieczą. Wielu ludzi z kraju i z Europy przyjeżdżało do Comodoro, by być częścią przemysłu naftowowego. Bardzo szybko liczba mieszkańców wzrosła z piedziesięciu osób, do stu a w późniejszym czasie nawet do kilkuset tysięcy. Wszyscy byli dziećmi tego nowego wynalazku.
Dziś dzieci z miasta poznają w szkole historię studni N2 i polskiego księdza, który ją pobłogosławił i nikt nie uważa tego za zbieg okoliczności.

W czasie wojen targających Europą, wiele osób przepływało Atlantyk w poszukiwaniu spokoju. Trzy główne państwa stanowiące ich cel to Stany Zjednoczone, Brazylia i Argentyna.

Na przestrzeni lat wzrosła ludność regionu, a wśród mieszkańców Comodoro znaleźli się oczywiście Polacy. I to właśnie oni byli jednymi z najbardziej aktywnych. Jedną z najważniejszych alei tego miasta jest Aleja Polska – to i inne rzeczy sprawiają, że miano Polski jest  stale obecne w życiu codziennym Comodoro.
A co w sprawie ojca Dąbrowskiego? Wrócił pewnego dnia by założyć Barrio Saavedra. Dzielnicę, moim zdaniem, najpiękniejszą,  pełną terenów zielonych i obszarów rekreacyjnych. Człowiek, który tchnął w to miasto życie, budował je dalej przez lata - u stóp góry, nad brzegiem oceanu. 




omar miguel soto
tłum. K.Żymańczyk